wtorek, 14 kwietnia 2015

Kiedy ukochane dziecko przychodzi na świat....

Dzisiejszy wpis zakrapiany jest łzami. Długo się zastanawiałam nad tym, czy puścić go w świat. Jest bardzo osobisty, smutny, mimo tego, że mówi o narodzinach najwspanialszej Istotki na świecie. Mojej Neli.







Kiedy okazało się, że zaszłam w ciążę i przerażona poszłam na pierwszą wizytę do mojego lekarza prowadzącego, usłyszałam od niego niemalże na wejściu: tylko nie czytaj żadnych forów, nie kupuj poradników, nie słuchaj dziecięcych psychologów...
Pomyślałam: ok, coś musi w tym być, skoro tak od razu mnie przestrzega. Zresztą znam kilka ciężkich przypadków oczytanych mam. Naprawdę, nie wyglądały zdrowo :)

No i nie czytałam. Czasami owszem, zdarzało mi się zajrzeć na jedną stronę i sprawdzić, co na tym etapie ciąży "robi" moje dziecko, ale to wszystko. Zdałam się na intuicję i stare sprawdzone porady mam, babć i cioć. Chyba dzięki temu cała ciąża przebiegała w miarę spokojnie. W miarę, bo przez 5 miesięcy wymiotowałam i nie można było otwierać przy mnie lodówki. Mięso i większość jedzenia śmierdziało!!! Odżywiałam się jedynie słodyczami i colą. Kiedy byłam w domu, chciałam trafić do szpitala. Byłam zmęczona i słaba. Kiedy przebywałam w szpitalu, chciałam wrócić do domu. Nie brałam kwasu foliowego, żadnych witamin i suplementów, bo one też powodowały okropne mdłości. Bałam się więc trochę, czy bez tych wszystkich witamin i na takiej a nie innej diecie, moje dziecko będzie zdrowo się rozwijało. Kolejne 4  miesiące spędzałim uważając, by nie pogłaskać się po brzuchu i nie wywołać przedwczesnego porodu, bo miałam przedwczesne skurcze i skróconą szyjkę... Więc, tak jak pisałam, ciąża przebiegała spokojnie :))

Poród... To była dopiero super śmieszna sprawa.

Na kilka dni przed porodem mąż mówił do mojego brzucha: córcia, wyjeżdżam na kilka dni, nie wychodź do mojego powrotu. Posłuchała. Ojciec wrócił z trasy.  Zjadł z matką kolację. Matka wstała od stołu i wody jej odeszły!! Nagle dostałam ataku paniki. Nie wiedziałam czy śmiać się czy płakać. Wzięliśmy szybko rzeczy i pojechaliśmy do szpitala.

Na porodówce stwierdziłam, że chyba pozbędę się mojej mamy i męża, bo dzięki temu będę skupiać się na sobie, dziecku i samym porodzie, i dlatego z pewnością pójdzie mi szybko i łatwo. Podejrzewałam, że mogą bardziej przeżywać akcję niż ja, będę musiała ich podtrzymywać na duchu i pocieszać. Obiecałam, że zadzwonię przed samym finiszem. Poszli.

A poród rzeczywiście postępował szybko, tak jak sobie zaplanowałam. Kiedy po ok 2 godzinach w końcu trafiłam na fotel porodowy, by ostatecznie pożegnać się z ciążą (całkowicie naturalnie i bez znieczulenia), zdarzyło się coś, czego się zupełnie nie spodziewałam. Jakby odcięto mi dopływ tlenu do mózgu. Nagle wszystko ucichło i spowolniło. Widziałam jakby przez mgłę, jak położyli Małą na moim brzuchu. Mąż i moja mama, którzy przyszli w ostatniej chwili, płakali ze wzruszenia, a ja starałam się zrozumieć o co im wogóle chodzi. Wszystkie rozmowy i zamieszanie słyszałam jakby spod wody. Dziecko leżało nadal na mnie, położna zaproponowała, że mogę je przytulić... A ja nie miałam na to najmniejszej ochoty. Mała była przecież taka brzydka i brudna. Aaaale ..... skoro już tak namawiają to położę swoją dłoń na jej głowie... Niech się odczepią.

Zrobiłam to zupełnie od niechcenia. Nic w tamtej chwili do niej nie czułam. Pamiętam tylko, że widziałam przerażenie w oczach mamy i męża. Położna też dziwnie mi się przyglądała. Bali się, że nie będę jej chciała. Działo się ze mną coś dziwnego. Przecież każda nowo upieczona mama wita swoje dziecko zawsze z radością i łzami. I ja sama przecież czekałam na Nią niecierpliwie. A teraz, kiedy przyszła na świat,  było we mnie tyle emocji, co najwyżej podczas oglądania ostatniego odcinka Klanu.

Nie pamiętam jak zeszłam z fotela, nie pamiętam jak się znalazłam na sali. Najbliżsi byli ze mną cały czas, a ja - mimo, że nie spałam i nie straciłam przytomności - nie pamiętam ostatniej godziny. A może dostałam coś dożylnie i nic o tym nie wiem...? Ocknęłam się właśnie na sali.... Musiałam ją nakarmić a nie miałam ochoty jej przystawić do piersi. Dopiero po kilku godzinach, kiedy zostałam z Nią sama, zdałam sobie sprawę z tego, że nie powitałam swojego jedynego dziecka, tak jak na to zasłużyło. Tak jak to sobie zaplanowałam. Ze łzami szczęścia, wzruszenia i miłością. Płakałam, przepraszałam śpiące obok mnie prześliczne (na serio, była prześliczna) maleństwo i obiecywałam, że wynagrodzę jej to podłe powitanie, że zawsze będę ją chronić i kochać najmocniej na świecie.

I tak jest. Jest zabawna, wesoła, rozbrykana, mądra i kocham ją bezgranicznie. Ale do tej pory, gdy myślę o jej narodzinach, mam wyrzuty sumienia i płaczę. Szukam też jakiegoś wytłumaczenia takiego zachowania i mojego dziwnego samopoczucia. Bardzo żałuję, że nie mogę cofnąć czasu, by raz jeszcze powitać ją na świecie. Jeden z najwspanialszych dni w życiu każdej matki, dla mnie okazał się traumą. I to nie ze względu na skomplikowany poród, bo sam w sobie był szybki i łatwy, a z powodu czegoś, co stało się chwilę po nim.

Chciałabym z jednej strony zapomnieć o tym wszystkim, ale jak zapomnieć o narodzinach dziecka... Straszny mętlik mam w głowie i trudno mi się z tymi wydarzeniami pogodzić. Nie pomagają mi żadne pocieszenia psychologów ani artykuły o szoku poporodowym. Zapewne nie jestem odosobnionym przypadkiem, ale do tej pory brakło mi odwagi, by o tym opowiedzieć, bo może dla kogoś będę wyrodną matką. Ale może są też inne kobiety, które przeżyły to co ja? Może nie potrzebnie tak się tym umartwiam...? A może moja "spowiedź" sprawi, że jakaś inna kobieta poczuje się lepiej wiedząc, że nie jest w podobnej sytuacji sama...?

7 komentarzy :

  1. Ja nie mam takiego doświadczenia, ale wiem, że to się zdarza i jest to jeszcze całkiem normalne. Masz wielkie szczęście, że minęło Ci w ciągu paru godzin. Niestety czasem utrzymuje się dłużej i wtedy faktycznie jest problem, zwłaszcza jeśli bliscy się nie zorientują i nie wezmą na siebie obowiązków przy maluchu. Poród to istne szaleństwo hormony buzują. Nie warto się tym przesadnie martwić, chociaż wyobrażam sobie, że musi Ci być z tym strasznie dziwnie...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Magda,
      Wiem, że dla niektórych moje wyznanie i użalanie może być przesadą, ale dla mnie to był jeden jedyny poród i pierwsze i ostatnie dziecko. I marzyłam, by było idealnie... I chyba dlatego jest mi tak przykro... Nie tak miało być....

      Usuń
  2. Ja tam myślę, że po prostu chemia w organizmie nie zadzialala tak jak powinna - endorfiny wyrzut nie nastąpił, czy coś... Prawda jest taka, że jestesmy na uslugach naszych hormonow :)

    Ja tez po urodzeniu Dużego w żadną euforię nie wpadłam. I nie lubiłam go przez pierwsze dwa miesiące. Kochałam, bo to moje dziecko, tuliłam, pieściam, ale tak naprawde poczułam że go lubię dopiero wtedy, kiedy lepiej sie poznalismy. I tez nie czuje sie z tym zbyt dobrze.

    Niestety, niby XXI, a macierzyństwo trzeba wciąż odczarowywac i ten sztuczny lukier zdrapywac.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kurcze, szkoda tylko, że wciąż tak niewiele się o tym mówi i pisze. BO kobiety czytają i idealizują poród, połóg i macierzyństwo. Ja się wtedy poczułam, że może jakaś nienormalna jestem lub chora.... TEraz jest oczywiście ok, ale nadal ze smutkiem to wspominam i wyrzutami sumienia.

      Usuń
  3. ciekawa jestem jak to będzie ze mną, termin mam planowany na 11 czerwca. bardzo obawiam się porodu http://creamshine.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trzymam za Ciebie kciuki. Będziesz piękną młodą mamą :) Ja rodziłam 15 czerwca :D Pozdrawiam!!

      Usuń
  4. A może tak musi być, że trzeba się najpierw do dziecka przyzwyczaić, przecież to nowy członek rodziny, który jeszcze w czasie porodu nie wyglądał jak człowiek.Dopiero po paru godzinach dociera do człowieka, że to jest część siebie, tętniące życie, nasze wymarzone, jedyne...

    OdpowiedzUsuń