piątek, 6 marca 2015

O przeprowadzce, tyciu i nowych zainteresowaniach...

Zwolniłam...

Życie mi zwolniło. 

Rok temu zarzynałam się sprzedając stare mieszkanie i kupując nowe. W zasadzie decyzja o zmianie mieszkania zapadła nagle. Potem nagle mieszkanie się sprzedało. Nagle znalazło się to wymarzone. Ale już nie tak nagle zdarzyła się przeprowadzka. To były ciężkie przeżycia. Masa formalności, terminy, banki, sądy, pomieszkiwanie u mamy i ciężkie dojazdy 50 km do pracy i przedszkola.  Wie ten, kto brał kredyt i zamykał inny.

Nowe mieszkanie mimo, że jeszcze w stanie surowym, już wydawało się być idealne. Skrojone na miarę naszej 3-osobowej rodzinki. Nic więc dziwnego, że robiłam wszystko co mogłam, żeby było nasze. Ja zapieprzałam na miejscu, mąż "gdzieśtam". Całe serce włożyłam w projektowanie mieszkania. Rozwalaliśmy ściany i budowaliśmy nowe. Masę czasu spędzaliśmy w sklepach budowlanych. Przepłynęliśmy internety poszukując inspiracji. Wszystko po to, by było tak, jak to sobie zaplanowaliśmy. By było nam wygodnie.  Ojj, oczywiście nie nad wszystkim dało się zapanować: gdzieś odstają panele, gdzieś jest nierówno wygładzony sufit, a mozaika na wannie leży koślawo, jakby miała spłynąć :) Ale i tak jest idealnie. To była piękna przygoda. Zakochałam się w wykończeniówce, stolarce i dekorowaniu.


Codziennie miałam nowe pomysły. Cały czas bym coś zmieniała , udoskonalała, przestawiała.... (Mąż kiedyś oszaleje przeze mnie)

Po 3 miesiącach ciągłego stresu, rozterek i ciężkiej pracy w końcu odpoczywałam. Z dumą przesiadywałam w fotelu, relaksowałam się patrząc na nasze dzieło. Czułam się... tak bardzo.... u siebie :) Byłam pełna pozytywnej energii i wewnętrznej równowagi.  I zaczęłam tyć. :)))

Boże... jaki to był dla mnie szok. Ja tyję. 34 lata z wagą poniżej wszelkich norm, ciągłe marzenia o przytyciu i tu nagle: tadaaaaam! Brzuch zaczynał się robić wystający, ciuchy pękały w szwach, a piersi wydawały się być imponująco... takie jak trzeba :) Nie, nie wyglądałam jak jakaś wielka torba, wyglądałam tak jak chciałam. Jak prawdziwa kobieta a nie zagłodzony chodzący szkielet. Czułam się świetnie. Miałam mnóstwo motywacji do zmian na dobre. Zaczęłam się inaczej odżywiać.  Gotuję rzadko, ale lepiej i zdrowiej. Teraz kiedy mam więcej czasu, staranniej dobieram produkty, wybieram te lepszej jakości. Sprawdzam etykiety. Kupuję więcej warzyw i owoców. Częściej też chodzę z córką na spacery. Wiem, że nie czekają na mnie w domu jakieś niezałatwione sprawy więc wracając z przedszkola możemy skręcić do parku pokarmić kaczki. Zaczęłam piec ciasta. Nie jakieś wypasione. Proste, ale z masą owoców. Zbieram przepisy. Planuję zakupić zamrażarkę, zrobić pod schodami prawdziwą spiżarnię, nauczyć się robić przetwory. Może , podobnie jak wykończeniówka, i to mnie wciągnie...? :) Zostanę superżoną i supermamą... I dostanę za to medal....???

Urządzając mieszkanie zaczęłam przywiązywać większą wagę do rzeczy pięknych. Nie takich, na jakie mnie aktualnie stać, ale takich, jakie chcę mieć. Nie do żadnych wnętrzarskich fast-food'ów, tylko rzeczy z duszą.  Zainteresowałam się odnawianiem mebli. Przeglądałam setki stron, filmów instruktażowych, książek, poradników. A z koleżanką z pracy, również zafiksowaną na tym punkcie, wymieniałyśmy się uwagami, spostrzeżeniami, zdjęciami, blogami itp.
Aż w końcu pewnego dnia siedząc w ogródku, spojrzałam na stary stolik, który przygotowany był do wyrzucenia. Zdewastowany, poszarpany, rozklekotany. 


- A spróbuję. Co mi szkodzi? Gorzej wyglądać już nie będzie. 

Zrobiłam. Kilka dni mi to zajęło. Ale wyglądał super. Na tyle super, że zaraz po nim zrobiłam stolik nocny, komodę, łóżko, drugą komodę, drewniane chlebaki, duży stół i kilka innych drobnych rzeczy. Niektóre z tych drobiazgów udało mi się sprzedać, czym byłam szczerze ale miło zaskoczona.




Z każdym dniem wciągało mocniej. Nowe pomysły często spędzały mi sen z powiek. Oglądałam coraz więcej filmów instruktażowych: jak zrobić taką i taką farbę, jakich materiałów użyć, żeby uzyskać na ścianie taki i taki efekt, co zrobić, żeby nowa komoda wyglądała na starą rodem z amerykańskich westernów.

Pasja, hobby, zainteresowania. Pozwalają się zrelaksować, zdystansować do świata, rozwinąć... Możesz uciec od problemów, ominąć nudę, stworzyć coś ciekawego i pokazać tym światu kawałek siebie. Zupełnie nowy stół do jadalni, ciasto jakiego nie jadłaś, może jakąś muzykę (nie wiem co tam lubisz), nowy zestaw ćwiczeń na uda, najpiękniejszy ogród na świecie... :)

I tymi właśnie, moimi nowymi miłościami, będę się na tym blogu dzielić. Niech będzie on świadectwem mojej szczerej miłości i wierności :) Amen.

2 komentarze :