czwartek, 31 marca 2016

Dziecko-rodzic-otoczenie. Interakcje

Witam!

Dziś wpis chyba jednak dla rodziców. I to tych z doświadczeniem w wychowywaniu dzieci. Ale też po trosze do otoczenia.
Właściwie to jest takie moje błaganie o poradę, wskazówkę, drogowskaz.... Ale mam też jednoczesny apel do nas wszystkich. A wiecie o co mi chodzi?



O sytuację, kiedy moje dziecko np w markecie zaczyna się buntować, krzyczy, płacze i nie reaguje na moje grzeczne i stanowcze prośby:  proszę zostaw, uspokój się, wychodzimy, ubieramy się...
A ona dalej swoje, a wszyscy w kółko obserwują i czekają na mój kolejny krok. A ja, 35-letnia matka 4-letniego dziecka zastanawiam się, jak mam zareagować, by społeczeństwo mnie nie skrytykowało. Na serio, zanim jakkolwiek zareaguję na sytuację, myślę nad tym, co powiedzą ludzie....

Mieliście już coś podobnego??


Czasami naprawdę czuję się bezradna. O ile w domu mamy już pewne metody wypracowane przez te 4 lata i zazwyczaj działają skutecznie, o tyle poza domem moja sprytna córka wystawia moją cierpliwość i doświadczenie na próby.

I zawsze w takich sytuacjach zastanawiam się czy może ktoś z obserwatorów moje stanowcze NIE uzna jednak za krzyk i znęcanie się nad dzieckiem? A może jeśli ją chwycę za rękę, żeby szła blisko mnie a nie pakowała się prosto na ulicę, ktoś obok uzna to za szarpnięcie czy przemoc cielesną?

Mogę tysiąc razy w przedszkolnej szatni prosić ją: Nela, ubieramy się i wychodzimy! Uprzedzę sugestie, które pewnie wielu osobom będą się cisnąć: Nacisk na PROSZĘ odnosi zazwyczaj zupełnie odwrotny skutek: ojj, mamusia mnie prosi, tak ładnie prosi, jak miło z jej strony, jest taka wychowana, ale ja chyba nie mam ochoty tej prośby spełnić....
I tak ganiamy się po tej szatni. Ona ma z tego niezły ubaw, a ja zakłopotanie.
Ostatecznie kończy się na szantażu: ok, jeśli nie chcesz iść ze mną, pójdę sama. A Ty sobie kochana nocuj sama w tym swoim przedszkolku.... I podążam w kierunku drzwi. Szantaż emocjonalny zazwyczaj działa.

Market. Nela i ja. Ja - mam kilka istotnych rzeczy do  kupienia. Ona - nie ma najmniejszej ochoty mi w tym towarzyszyć. A już napewno nie chodzić grzecznie obok koszyka. Więc w pewnym momencie, używając siły swojej "perswazji" , zaczyna wyprowadzać mnie z równowagi. Płacze, marudzi, czasami krzyczy. To nogi bolą, to jej się nudzi, to coś sobie upatrzyła. Ludzie się za nami oglądają, a ja jestem w stanie wydusić z siebie jedynie: Hmm ktoś zgubił dziecko! Gdzie Twoja mamusia? To nie moje!
Ostatecznie kończy się na tym, że zakupów nie kończę, biorę ją płaczącą pod pachę i wychodzę. Wtedy mogą się na mnie wszyscy gapić :) Bo już mi wszystko jedno.

Mam naprawdę grzeczną i kochaną córę, ale są i takie dni, kiedy czuję się kompletnie zagubiona. Tyle "dobrych" poradników i blogów wokół... a ja nadal nie wiem co mam czasami począć z moim dzieckiem...? Czuję , że to ono wychowuje sobie mnie, podporządkowuje moją osobę swojemu małemu "widzimisię". Taki mały Władimir....

Myślę, że wielu autorów tych poradników opisuje wyłącznie jak chciałoby, by dziecko było przez nas wychowywane, lub jak powinno być wychowywane, ale zdecydowanie nie zawsze są to ich własne doświadczenia, bo nawet im, psychologom i pedagogom w wielu przypadkach, nie udaje się podręcznikowo podejść do swoich dzieci . Jak to się mówi: szewc bez butów chodzi. Ot, choćby taka superniania, na codzień postrach tysięcy dzieci w całej Polsce, sama ponosi swoją osobistą matczyną porażkę. Bezstresowo wychowywany syn robi komuś kuku... (aaaa, jeśli ktoś jeszcze tego nie wie - to nie ma czegoś takiego, jak bezstresowe wychowanie - jasne??). Przypomina mi się tu też zasłyszana historia z autobusu, kiedy jakieś dziecko wrzeszczy, szturcha przechodniów, pluje na nich a matka nie reaguje. W końcu jeden z pasażerów, zwraca jej  uwagę na zachowanie jej dziecka. Ta odpowiada: ależ proszę PANA, on jest bezstresowo wychowanyyy! Na co pasażer, przyklejając temu dzieciakowi gumę do czoła, odpowiada paniusi: Ja też!
A filmik z dzieciakiem, który wózkiem zakupowym wjeżdża w ludzi w kolejce w markecie?? Znacie? Oczywiście , że znacie!

Teraz możecie psy na mnie wieszać :D Przyznaję się bez bicia: krzyczę czasami na swoje dziecko! Krzyczę jednak wtedy, kiedy naprawdę nie ma innej opcji rozwiązania problemu. Np, żeby ją ochronić przed oparzeniem, pobiciem czegoś, skaleczeniem itp. Bo - nie oszukujmy się - nie zawsze mamy czas, żeby dziecku coś spokojnie wytłumaczyć. Hmm ktoś powie: a niech się przekona na własnej skórze! Nauczy się, że tak nie wolno. Zapamięta, czym takie zachowanie grozi.

Hmmm...czyli co? Mam dziecko narazić na krzywdę? Pozwolić mu dotknąć do piekarnika??? Czy może dać jej spokojnie wylecieć na ulicę?????
A właśnie, że będę krzyczała, może nawet Nela się rozpłacze przez to. Ale ja wiem, że ona na krzyk zareaguje błyskawicznie, nie dojdzie do niechcianej sytuacji, często niebezpiecznej, a ja ją zaraz przytulę i spokojnie wytłumaczę, dlaczego TAK nie wolno robić. Może nawet mam potem wyrzuty sumienia, że nakrzyczałam, ale jednocześnie jestem spokojna, że być może zapobiegłam czemuś złemu.

Tylko Ci ludzie. To wszechwiedzące społeczeństwo, które lubuje się w publicznym linczowaniu i wyciąganiu czyichś win, mające często na swoim koncie gorsze przewinienia. Te okrutne media, na codzień promujące patologię w najczystszej postaci o każdej porze dnia i nocy, piętnują identyczne zachowania w wiadomościach po 19.00. I te przedszkola i szkoły, zatrudniające rzesze psychologów, oczytanych, doktoryzujących się a zagubionych na swoim własnym podwórku, krytykujących moje jednorazowe zachowanie, nie znając prawdziwych źródeł konfliktu...

Kochani, nie zrozumcie mnie źle! Nie chcę promować znieczulicy. Przeciwnie, chciałabym, byśmy wszyscy byli bardziej otwarci i wnikliwi na problemy i zachowanie innych. Ja, jako matka, też mam prawo czasami wściec się na swoje dziecko i dać upust swoim emocjom. Ja też mogę się rozpłakać, mogę chcieć się wykrzyczeć. Jestem tylko człowiekiem,  nie jestem bezduszną maszyną. I dziecko też musi wiedzieć, że swoim zachowaniem wywołuje u rodzica pewne reakcje emocjonalne. Nie skupiajmy się wyłącznie na dziecku, na opiniach otoczenia, ale dbajmy też o siebie.



Spodobał Ci się artykuł? Rozbawił, a może zirytował? Udostępnij, zalajkuj, podyskutuj...

6 komentarzy :

  1. Oj znam to , te "dobre dusz", które tylko obserwują, albo i się wtrącają i "dobrze "radzą .
    Mój mały ma nie całe 2,5 roku, a taki cyrk potrafi urządzić, że czasem nawet nie mam siły go trzymać gdy próbuje się wyrwać .
    Albo wrzaski, histerie , ucieczki na ulice itp

    OdpowiedzUsuń
  2. Dkładnie. Problem w tym, że właśnie przez te "dobre dusze" normalny człowiek głupieje...

    OdpowiedzUsuń
  3. Kochana nie przejmuj się, jak to mówią nie Ty pierwsza nie ostatnia ;). Jeśli robisz coś (chodzi mi o publiczne reakcje) w celu zapewnienia dziecku bezpieczeństwa to absolutnie nie powinnaś się zastanawiać nad reakcjami otoczenia. Mój młodszy syn mając 2-3 lata uciekał notorycznie, jeśli tylko nogi dotknęły betonu to zwiewał i głównymi kierunkami w jego kompasie były ulice i tym podobne miejsca. Jedną wiosnę i lato przesiedzieliśmy naprawdę całą w domu, nie dało się wyjść z nim nigdzie. Wypróbowałam dziesiątki sposobów z mądrych i niemądrych książek, blogów, itp itd ale moje dzieci są oporne na techniki mojej manipulacji najwyraźniej. W kwestii zakupów sprawdził mi się za to jeden sposób. Przed zakupami robiłam z młodszym listę zakupów wyglądało to tak że albo lista była pisana i obok był rysunek/zdjęcie z gazetki, albo była to gazetka reklamowa z zaznaczonymi produktami, albo lista była wyklejona obrazkowa (3cia opcja zdarzała się rzadko). Wsadzałam dziecko do wózka, dawałam listę i mówiłam że musi mi pomóc zrobić zakupy i mówić co mam kupić i to jest jego bardzo ważne zadanie. Ten sposób załapał wyjątkowo szybko. Drugim sposobem było zaraz na wejściu w markecie kupienie kolorowanki i kredek bambino (można zabrać z domu chociaż kupna smakuje lepiej bo po1 odpada pierwszy atak pt "kup mi to" po2 w zależności od kolorowanki był w stanie zająć się na bardzo długo i siedział w wózku grzecznie i kolorował, chwalił się , ja jego chwaliłam i "podpuszczałam" żeby zobaczył co tam na kolejnej stronie jest.
    A na wszelkie wrzaski i histerie po prostu odwracałam głowę lub odsuwałam się i mówiłam że z krzyku i płaczu nic nie rozumiem więc jak chce coś powiedzieć to możemy normalnie porozmawiać.
    Co do narażania dziecka na niebezpieczeństwo żeby się nauczyło to nie jest metoda, ale pozwalanie na tyle na ile naprawdę się da przy naszej asekuracji jest zbawienne dla rozwoju dziecka, "młody" teraz robi kopytka, sam, zawsze pomaga w kuchni, sam kroi pomidora na kanapkę, czy przekraja bułkę od 2 lat robi kanapki (jego wyręczany przez babcię starszy brat ma przysłowiowe 2 lewe ręce niestety) mam wrażenie że to mocno rozwinęło jego myślenie logiczne, przyczynowo skutkowe i sam jest już w stanie stwierdzić co jest bezpieczena a co nie. Owszem sa lepsze i gorsze dni ale uwierz że ostatnią rzeczą jaką się powinnaś przejmować jest opinia innych ;) Ps. mam 2 chłopców 8 i 14 lat... uwierz mi to dopiero jest hardcore ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Haha, no to mnie pocieszyłaś... A więc to początek przygód???? Pomysł z obrazkową listą zakupów - super. Ściągam :)))) Pozdrawiam! Do przeczytania!

      Usuń
  4. Normalnie raj, bo mam 3 dzieci 8 lat, 4 lata i 2 lata. Jak czytam kolejne porady nie krzycz wytłumacz, a moje dzieci zamiast rano się ubierać do szkoły i przedszkola, tłumaczenie im że nie należy się spóźniać to tak jak siąść i gapić się w kosmos. O pomocy młodszych kiedy starszy odrabia zadania nie wspomnę.. Hehe no są dni że się nie da nie krzyknąć. i mój 4latek dokładnie tak samo się ubiera po przedszkolu, chyba że jest ładnie i możemy zostać na placu zabaw, ale później fochy że on nie chce jeszcze iść do domu, że chce się bawić. Też jestem na etapie myślenia co ludzie powiedzą, choć w takich momentach chce się wyć..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Serce rośnie, kiedy widzę, że nie jestem sama :)
      Aniu, wesoło musisz mieć ze swoją trójcą :)
      Pozdrawiam

      Usuń